Od autorki: Przepraszam(y) za długą nieobecność!
Ten OS jest bardzo spóźnionym prezentem urodzinowym dla kochanej maknae Zuzi! Mam nadzieję, że uznasz iż opłacało się czekać i ci się spodoba, tak samo jak i innym :) Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Zuziu. Miłego czytania wszystkim!
~ Sasi
Dlaczego lubię zimę? Nie wiem dokładnie. Może
dlatego, że przypomina mi jego? Każdy płatek śniegu jest koloru jego włosów.
Zamarznięte jezioro wygląd jak jego gładka cera. Może lubię ją dlatego, że on
też? Nie. On ją kocha, a nie lubi. Może ja też ją kocham? Kocham ją tak mocno,
jak jego. Uśmiech jaki gościł na jego twarzy kiedy spadał pierwszy śnieg,
radość w oczach kiedy szedł przez ulicę co trochę poślizgując się
na lodzie, szczęście małego dziecka kiedy rzucał śnieżkami -to wszystko sprawiało,
że ja też byłem szczęśliwy. W końcu jak mógłbym nie być? Moim ulubionym zajęciem
w zimowe wieczory było patrzenie na niego, z kubkiem ciepłej czekolady w ręce.
Ogień z jego salonowego kominka odbijał się w jego oczach, tworząc w nich małe,
skaczące ogniki. Jeśli miałbym narysować moją definicję szczęścia, z pewnością
były by to jego oczy z takimi właśnie ognikami.
Zapach pierników jest zapachem który kojarzy mi
się z nim. Może dlatego, że zawsze kiedy u niego byłem, własnej roboty pierniki
jego mamy leżały w miseczce na stole. Zawsze były przepyszne. Wiem, że często
jej przy nich pomagał dlatego sam nimi pachniał. Dopóki nie zjadłem chociaż
jednego nie chciał mnie nawet z domu wypuścić.
Zima to pora roku która większości kojarzy się
z chłodem, mrozem, bielą, bezczynnym siedzeniem w domu. Ze zniecierpliwieniem
czekają na jej koniec, aby znów nadeszła ciepła wiosna, a po niej lato. Ja
natomiast czekam na jej początek i ze smutkiem patrzę jak biel ustępuje
zieleni. Chwile które spędziłem z nim, podczas każdej zimy są takimi które
chciałbym zapamiętać na zawsze.
***
***
Nie
pamiętam ile miałem dokładnie lat kiedy go poznałem. Sześć albo siedem? Jego
mama zostawiła go u nas kiedy musiała wyjść do pracy, a niania nie mogła
przyjść. Razem z moją mamą dobrze się dogadywały. Nie chciałem siedzieć z nim w
jednym pokoju. Był zbyt hałaśliwy i nie potrafił usiedzieć w jednym miejscu
dłużej niż kilka minut. Zawsze byłem dość spokojny i nie przepadałem za
bawieniem się, więc jego obecność była dla mnie zbyt wielką udręką. Niestety
mama nie pozwalała mi nigdy iść do mojego pokoju, żebym w spokoju mógł rysować
jakieś dziwne obrazy na kartce. To było moje ulubione zajęcie od kiedy tylko
nauczyłem się trzymać w rękach kredki. Nie trzymałem w sobie niechęci wobec
niego. Byłem dzieckiem, więc nie rozumiałem dlaczego powinienem być dla niego
miły, choćby z czystej grzeczności. Nie dość, że był w moim domu to jeszcze był
dwa lata młodszy! Nie potrafiłem pojąć skąd w nim tyle energii, bez przerwy biegał po pokoju, a uśmiech nie
schodził mu z twarzy. Chcąc nie chcąc wciągnął mnie do zabawę. Z początku
czułem opory, jednak z czasem zaczynałem rozumieć co jest takiego fajnego w
zwykłym berku. Mama stała i patrzyła z uśmiechem jak ganialiśmy się wokół
kanapy. Pamiętam, że chłopak nagle się zatrzymał i z zachwytem spojrzał w okno.
Z początku nie zrozumiałem o co mu chodzi i zdenerwowałem się, że przerwał grę.
Chłopiec wspiął się na oparcie fotela i przyłożył swoją małą rączkę do szyby, a
nos praktycznie stykał mu się z gładką, szklaną powierzchnią. Zainteresowany
dołączyłem do niego i dostrzegłem to co go tak zachwyciło. Z nieba prószył
śnieg. Na ziemi nie było go jeszcze wystarczająco dużo, aby całkowicie ją przykryć,
jednak już zaczynał tworzyć na niej biały dywan. Spojrzałem w bok. Zachwyt
chłopca nie zmalał. Wręcz przeciwnie. Aż
mu oczy błyszczały, jakby zaraz miał się popłakać ze szczęścia.
Tamtego popołudnia poznałem jego - Huanga
Zitao. Tamtego popołudnia spadł pierwszy śnieg. Nie podejrzewałem wtedy nawet,
że spędzę z nim jeszcze wiele zim i każda będzie piękniejsza od poprzedniej.
***
***
Jeszcze
wiele razy Tao zagościł w moim domu. Często wychodziliśmy na dwór pod opieką
jednej z naszych mam. Lata mijały i z każdym rokiem przywiązywałem się do niego
coraz bardziej. Przy nim stawałem się zupełnie kimś innym. Okazywałem emocje.
Chociaż i tak w porównaniu do niego byłem kompletnie sztywny. Nie potrafiłem
sobie wyobrazić dnia bez jego uśmiechu, głosu, śmiechu. Stał się dla mnie
młodszym bratem, którego za wszelką cenę chciałem chronić przed każdym
smutkiem.
Pamiętam
jak jego mama zaprosiła mnie po raz pierwszy na kakao i pierniki. Siedzieliśmy
na kanapie przed kominkiem, przykryci kocem, a w rękach trzymaliśmy ciepłe
kubki. Z ożywieniem opowiadał mi jak bardzo chciałby kiedyś ulepić ogromnego
bałwana. Minęło kilka tygodni od tamtego momentu, a mogłem chodzić po jego domu
z zamkniętymi oczami, bo znałem go na pamięć. Z resztą on mój też. Jeśli chodzi o wymarzonego bałwana Tao,
zrobiliśmy go następnej zimy. W prawdzie ja ciężej pracowałem podczas tworzenia
go, jednak jego uśmiech był wystarczającą nagrodą za mój trud. Pamiętam, że
kiedy przyszedł do podstawówki, dwa lata po mnie pokazywałem mu gdzie co jest,
poznałem z kilkoma moimi kolegami z klasy, pomagałem jak tylko mogłem i
praktycznie każdą przerwę z nim spędzałem. Mogłoby się wydawać, że spędzanie z
jedną osobą tak dużej ilości czasu może być nudzące, a jednak nie dla nas.
Czasami po prostu siedzieliśmy w ciszy w moimi pokoju, każdy czymś zajęty i nie
rozmawialiśmy, jednak rozmowa nie była potrzebna. Sama obecność wystarczała.
Gimnazjum
minęło nam równie spokojnie. Zdarzały się małe kłótnie, jak w każdej
przyjaźni, jednak godziliśmy się zawsze tego samego dnia. Nadszedł czas w
którym poszedłem do liceum. Miałem więcej nauki, jednak to też nie było dużą
przeszkodą. Dopiero z perspektywy czasu mogę dostrzec moment w którym Tao
zaczął się zmieniać, wszystko zaczęło się psuć. Po raz pierwszy od początku
naszej przyjaźni poszedł do innej szkoły niż ja. Wybrał technikum i z początku
byłem z tego zadowolony, bo był tam gdzie czuł się dobrze, jednak z czasem
zacząłem dostrzegać zmiany jakie w nim następowały. Z początku po prostu mniej
się odzywał. Nie wysyłał mi już miliona wiadomości na godzinę. Na szczęście
nadal był tym dużym dzieckiem i ciągle się śmiał. Dopiero po kilku tygodniach
stał się bardziej poważny. Częściej się wkurzał, nawet o byle co. Wiele razy
się go pytałem co się stało, jednak zbywał mnie i zmieniał temat albo
zaczynaliśmy się kłócić. Wszystko się sypało i nie byłem tego w stanie
naprawić. Zrobił to za mnie śnieg. Pewno ranka jeszcze dobrze się nie
obudziłem, a on wparował do mojego pokoju. Cieszył się jak mały chłopiec który
dostał lizaka za dobre zachowanie. Wyciągnął mnie z łóżka i zaprowadził do
okna. Mała warstwa białego puchu pokrywała całą ziemię, dachy, drzewa. W
dodatku śnieg delikatnie prószył z nieba.
-Widzisz to? Śnieg jest taki śliczny. Błagam,
ulepmy dziś bałwana! Takiego dużego jak w dzieciństwie!
Słuchałem
jego podekscytowanego głosu z uśmiechem. Brakowało mi takiego Tao. Spojrzał na
mnie z nadzieją w oczach, a ja byłem w stanie jedynie twierdząco skinąć głową.
Tamtego dnia mnie przeprosił. Obiecał, że już nigdy nie będzie się zachowywał tak,
jak jeszcze dzień wcześniej. Tłumaczył, że miał po prostu gorszy okres. Coś mi
podpowiadało, że nie mówi mi całej prawdy, jednak nie chciałam się dopytywać i
wszczynać kolejnej kłótni. Już dość ich było. Musiałam mu po prostu zaufać, tak
jak przez wszystkie te lata. To było jedynym rozwiązaniem.
***
Pamiętam
ten dzień jakby był wczoraj. Przez kilka tygodni trzymałem w sobie pewną
wiadomość i kiedy w końcu ją z siebie wyrzuciłem, poczułem ulgę. Miałem wtedy
dziewiętnaście lat, skończyłem liceum. Tao za to był w drugiej klasie
technikum. Miałem duże plany związane z przyszłością, dobre wyniki w nauce,
dzięki którym tacie udało się załatwić mi trzy letnie studia na jednej z najbardziej
prestiżowych uczelni w Amsterdamie. Byłem z tego powodu szczęśliwi, jednak
często dopadały mnie wątpliwości, bo wiedziałem z czym to jest związane.
Opuszczenie Chin, zostawienie rodziców, porzucenie wcześniejszego życia. Jednak
przede wszystkim wiązało się to z rozstaniem się z Tao. Dlatego właśnie nie
mówiłem mu o tym jak najdłużej. Bałem się jego reakcji. Chciałem te ostanie
tygodnie przed rozstaniem spędzić jak najlepiej. I udało się. Jednak w
końcu musiałem mu o tym powiedzieć. Było to dokładnie tydzień przed wyjazdem.
Zabrałem
go do parku. Kochał tam chodzić w lato. Niestety za bardzo się bałem, żeby
powiedzieć mu całą prawdę. Okłamałem go myśląc, że tak będzie lepiej. Jeden
rok. Powiedziałem mu, że wrócę za rok. Obiecałem, że szybko mu miną te miesiące
i nim się obejrzy znów będziemy razem. Z początku był osłupiały, po prostu
patrzył na mnie pustym wzrokiem. Wyglądał jakby mi nie wierzył. Później
dostrzegłem w jego oczach błysk. Łza gromadziła się w kąciku jego oka, jednak
nie pozwolił jej wypłynąć i uśmiechnął się szeroko. Mówił jak bardzo się
cieszy. Mimo wszystko wiedziałem, że jest smutny. Za dobrze go znałem, żeby nie
widzieć jak cierpi. Byłem przekonany, że dobrze zrobiłem mówiąc, że to tylko
jeden rok. Załamałby się gdyby dowiedział się, że naprawdę będę tam dłużej.
Przytuliłem go, mówiąc, że nawet nie zauważy mojej nieobecność. Wręcz mu to
obiecywałem, mając nadzieję się, że nie zobaczy moich skrzyżowanych palców.
Tydzień spędziłem na pakowaniu potrzebnych rzeczy i ogólnym przygotowywaniu się
do wyjazdu. Tao towarzyszył mi przez cały czas, starał się mnie
rozśmieszać i zachowywać jak zawsze. Byłem mu za to wdzięczny, bo wiele mi
ułatwiał. Najgorszy był jednak dzień wylotu. Żegnałem się z rodzicami, mama
przytulała mnie prosząc bym na siebie uważał. Tata mówił jak bardzo jest ze
mnie dumny. Tao towarzyszył mi aż na lotnisko. Dopiero tam się z nim
pożegnałem. Dopiero przy nim pozwoliłem by pojedyncza łza spłynęła po moim
policzku. Nie były potrzebne słowa, po prostu się przytuliliśmy i odszedłem. On
nadal stał w miejscu, kiedy znikałem za ścianą. Stał z myślą, że za rok
ponownie tu wróci i będzie czekał aż wysiądę z samolotu i znów będzie tak jak
przed moimi wyjazdem. Ta myśl łamała mi serca, jednak nic z tym nie mogłem
zrobić. Pozostało mi tylko wierzyć, że Tao mi wybaczy, że go okłamałem.
***
Chciałbym
powiedzieć, że to nie była moja wina, że to nie ja wszystko zepsułem, nie ja
zniszczyłem. Jednak to nie prawda. Przestałem odbierać telefony od Tao, nie
odpisywałem na wiadomości. Dlaczego? Sam do końca nie wiem. Z początku dużo z
nim rozmawiałem, jednak z czasem się zaaklimatyzowałem, poznałem nowych ludzi,
zaprzyjaźniłem się z nimi. Znalazłem sobie nawet dziewczynę. Brak czasu, duża
ilość obowiązków i zwykła różnica czasowa między mną, a nim wcale nie pomagała.
Drugi rok po moim wyjeździe postanowiłem, że chce tam zostać na stałe. Nie chciałem
wracać do Chin skoro tutaj zapowiadała mi się interesująca przyszłość. To też
był jeden z powodów dla których odciąłem się od Tao. Nie potrafiłbym mu
powiedzieć, że już nie wrócę do rodzinnego kraju. Zerwanie kontaktu było w
pewnym stopniu łatwiejsze. Chłopak już nie musiał mnie oczekiwać, nie musiał
żyć z myślą, że już nie wrócę, skoro nagle ta nić która nas łączyła zerwała
się. Pierwsze tygodnie bez rozmów z nim były dla mnie trudne. Po prostu
brakowało mi jego pogodnego głosu w słuchawce. Z czasem jednak udało mi się o
nim zapomnieć. Tak mi się bynajmniej wydawało. Będąc wśród przyjaciół ciągle mi
czegoś brakowało. Czegoś małego, a jednak istotnego.
Jego.
Nikt
z nowych znajomych nie potrafił się domyślić, kiedy coś było nie tak, coś mi
się stało czy po prostu miałem zły humor. Nie byli ciągle radośni tak jak on.
Pamiętam, że kiedy spadł śnieg podczas mojego pierwszego roku pobytu tam, oni
nie uważali tego za coś niezwykłego. Nie cieszyli się tym przez co i ja
przestałem. Kiedy w następnym roku spadł śnieg nawet się tym nie
przejąłem. Zima jak zima. Nic niezwykłego. Zapach pierników również stał mi się
obojętny. Tak samo gorąca czekolada, którą tak kochałem w młodości. Po prostu ani
pierniki, ani ona w niczym nie przypominały mi tych z dawnych lat. Dopiero
podczas trzeciego roku mojego pobytu w Amsterdamie coś zrozumiałem. Szedłem
ulicą w myślach narzekając na to, czemu śnieg tak szybko spadł. Koniec
listopada, a on sypał jak oszalały. Przechodziłem przez park, żeby ukrócić
sobie drogę. Zobaczyłem tam dwójkę dzieci. Chłopcy nie mogli mieć więcej jak po
osiem lat. Lepili bałwana. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie dla mnie. Przed
oczami od razu stanął mi obraz mnie i Tao. Też lepiliśmy bałwana. Tamtego dnia
złożyliśmy sobie obietnice. Na zawsze razem. Nie ważne co się stanie, jeden
będzie przy drugim. Złamałem obietnice o której nawet nie pamiętałem. W tamtym
momencie zrozumiałem, że moje miejsce jest w Chinach, z Tao, z rodzicami. Nie
ważne jak bardzo chciałem zaprzeczać, musiałem to przyznać. Kochałem go.
Kochałem już od długiego czasu, jednak dopiero wtedy to sobie uświadomiłem.
Dlatego nie do końca potrafiłem się znaleźć wśród nowych przyjaciół. Nie
potrafiłem się zbliżyć do mojej dziewczyny ,aż tak bardzo jak ona chciał.
Dlaczego? Bo oni wszyscy nie byli nim. Nie czekając dłużej pobiegłem do domu,
spakowałem się i pojechałem na lotnisko modląc się, żeby był jakikolwiek
samolot do Chin. Nie pożegnałem się z nikim. Nie chciałem, bo musiałbym im
wszystko tłumaczyć. Trafiłem prawie idealnie. Trzy godziny do odlotu. Kupiłem
jeden z ostatnich biletów i usiadłem na krześle. Wyjąłem telefon i znalazłem w
nim ostatnią wiadomość od Tao, jaką mi wysłał. Nawet jej nigdy wcześniej nie
otworzyłem. Była z dnia w którym minął idealnie rok od mojego wyjazdu. Były w
niej jedynie dwa słowa, które spowodowały, że w oczach pojawiły mi się łzy. Błagam wróć. Mając je ciągle w głowie
wsiadłem do samolotu. Przez cały lot myślałem tylko o jednym. Czy mi wybaczy?
***
Rodzice
byli zdziwieni i to bardzo. Szybko się z nimi przywitałem i obiecałem, że
opowiem wszystko jak wrócę od Tao. Chcieli mi coś powiedzieć, jednak ich nie
słuchałem i wybiegłem z domu zostawiając walizki. W Chinach nie było jeszcze
śniegu. Przebiegłem przez szarą ulicę i w kilka sekund stałem pod drzwiami domu
mojego najlepszego przyjaciela. Wziąłem głębokich wdech i zadzwoniłem
dzwonkiem. Z początku nie poznałem kobiety która mi otworzyła. Dopiero kiedy
wyszeptała moje imię rozpoznałem w niej mamę Tao. Wyglądała o jakieś piętnaście
lat starzej niż kiedy ostatnio ją widziałem. Oczy zaszły jej łzami i
przyciągnęła mnie do siebie. Osłupiały przytulałem się do jej drobnego ciała i
słuchałem jak szeptała, że wiedziała, że wrócę, że nie zostawię Tao. Wpuściła mnie
do środka i od razu skierowałem się do salonu. Pierwsze co zauważyłem to brak
pierniczków na stole. Później dostrzegłem, że na fotelu przed kominkiem nie
leży ulubiony koc Tao. Od razu spytałem się kobiety gdzie jest chłopak, a ona
ponownie wybuchła płaczem. Posadziłem ją na kanapie i sam usiadłem obok. Chwila
minęła zanim się uspokoiła i była w stanie mówić. Nie byłem jednak gotowy
usłyszeć tego wszystkiego. Pierwsze miesiące po moim wyjeździe były spokojne.
Tao chodził nieco smutniejszej, jednak nic poza tym. Dopiero po sześciu czy
siedmiu miesiącach mojej nieobecności chłopak zaczął zamykać się w sobie. Czyli
wtedy kiedy zerwałem z nim kontakt. Jego tata, z którym zawsze był blisko był
jedyną osobą która była w stanie do niego dotrzeć. Prawie udało mu się
wyciągnąć Tao z dołka, jednak zdarzył się wypadek w którym zmarł. To
dobiło chłopak do końca. Przestał się odzywać do kogokolwiek. Jadł coraz mniej,
nie było go praktycznie ciągle w domu, nawet jego mama nie była w stanie nad
nim zapanować. Patrzyła jak jej syn niszczy sam siebie i nie była w stanie nic
zrobić. To ciągnęło się ponad rok. Pewnego wieczoru wróciła wcześniej do domu z
pracy. Znalazła Tao w wannie pełnej czerwonej wody, z ponacinanymi
nadgarstkami. Gdyby wróciła te dwie godziny później, wykrwawiłby się na śmierć.
Przyjechało pogotowie i zabrało go do szpitala. Kobieta ciągle płakała mówiąc
mi o tym wszystkim. Na końcu dodała, że w tym tygodniu minął dokładnie miesiąc
odkąd Tao leży w szpitalu. Lekarze zrobili badania. Przez cały ten czas chłopak
brał narkotyki, palił i pił. Wyniszczył sobie cały organizm. Próba samobójstwa
uprzedzona była miesiącami cięcia się. Nikt nie był w stanie do niego dotrzeć.
Od miesiąca nie powiedział żadnego słowa. Ani do lekarza, ani psychologa, który
przychodził do niego kilka razy w tygodniu, nawet do mamy. Co gorsza, jego stan
zdrowia się nie poprawiał. Jego organizm był za słaby żeby się regenerować. Sam
Tao tego nie ułatwiał, bo nie chciał przyjmować żadnych leków, nie chciał jeść
ani pić. Pozostały kroplówki. Kiedy jego mama mi to powiadała, jedyne o czym
byłem w stanie myśleć to to, że to wszystko była moja wina. To przeze mnie.
Gdybym nie wyjechał, nie zostawił go samego, żadne to zdarzenie nie miałoby
miejsca. Gdybym przy nim był, kiedy jego tata zmarł, wspierałbym go i nigdy nie
pozwoliłbym, żeby cokolwiek sobie zrobił.
Nie
mogłem dalej siedzieć w miejscu. Musiałem do niego pojechać. Poprosiłem
jedynie o adres szpitala i numer Sali, po czym wybiegłem z domu. Długo mi nie
zajęło dotarcie do celu. Niecałe dwadzieścia minut i znajdowałem się na
recepcji szpitala. Spytałem tylko pielęgniarkę gdzie znajduje się sala z numer
trzydzieści osiem i szybkim krokiem ruszyłem w tamtą stronę.
***
Nie
byłem gotowy na to co zobaczyłem. Na dworze panował już półmrok, więc tak samo
było w sali. Pikanie maszyny roznosiło się po całym pomieszczeniu. Postać
leżąca na łóżku nawet się nie poruszyła, kiedy zamknąłem za sobą drzwi. Swoją
drogą, skrzypiały niemiłosiernie. Podszedłem do łóżka i nie mogłem uwierzyć, że
osoba na którą patrzyłem było moimi byłym przyjacielem. Chłopak spojrzał na
mnie wyblakłymi i zmęczonymi oczami. Kości policzkowe bardzo odznaczały się na
wychudzonej twarzy. Przez popękane i spierzchnięte usta wdychał powietrze.
Widać było, że robił to z trudem. Klatka piersiowa delikatnie unosiła się pod
kołdrą, która zakrywała jego drobne ciało. Spojrzałem na ręce które miał na
niej ułożone. Widać było każdą kość, pełno było śladów nakłuć po kroplówkach i
wenflonach, nadal nie zeszły z jego nadgarstków blizny. Niektóre wyglądały na
dość świeże, sprzed kilku dni.
-Tao.
-szepcząc jego imię usiadłem na krześle przy jego łóżku. Nie byłem w stanie
powiedzieć nic innego.
-Kris.
-z trudem się odezwał. Głos miał tak strasznie zachrypnięty, że nawet nie
mogłem w nim wyłapać nuty tego dawnego. Delikatnie się uśmiechnąłem. Tylko on
mówił na mnie Kris. Nawet nie wiem od kiedy i jak wymyślił to przezwisko.
-Przepraszam.
Tak strasznie cię przepraszam. -nie wiedziałem co mogłem innego powiedzieć. W
mojej głowie była kompletna pustka.
-To co zrobiłem... To był największy błąd
mojego życia. Nigdy nie powinienem wyjeżdżać. Powinienem być tutaj, przy tobie.
Tak jak sobie obiecaliśmy w dzieciństwie. Chciałbym cofnąć czas. Gdybym tylko
mógł to nigdy bym nie wyjechał. Tutaj jest moje miejsce. Przy tobie. Wiem, że
późno to sobie uświadomiłem, ale kocham cię, rozumiesz? Kocham cię ponad
wszystko.
Mówiłem
wszystko co kłębiło się we mnie przez te kilkanaście godzin. Nawet nie pamiętam
w którym momencie złapałem go za rękę. Trzymałem ją w swoich z jak największą
delikatnością, bojąc się, że jakikolwiek mocniejszy ruch czy uścisk ją złamie.
Była zimna, wręcz lodowata, a kolorem przypomniała wyblakły pergamin. Nie
patrzyłem na jego twarz, bałem się. Dopiero kiedy po kilku minutach usłyszałem
jak pociąga nosem, uniosłem głowę. Chłopak płakała. Łzy spływały po jego
policzkach, mocząc poduszkę.
-Pamiętasz
jak poszedłem do technikum i zacząłem się dziwnie zachowywać? -mówił tak cicho,
że musiałem się przybliżyć aby słyszeć.
Skinąłem
głową twierdząca, a on kontynuował wypowiedź, co trochę przerywając ją kaszlem.
-Nie
widziałem cię wtedy na żadnej przerwie, nie wracałem z tobą ze szkoły.
Tęskniłem. Zrozumiałem wtedy, że cię kocham. Nie jak przyjaciela czy brata. Jak
kogoś o wiele bliższego. Nie byłem jednak w stanie ci tego powiedzieć. Nie
chciałem cię stracić. Myślałem, że jeśli będę trzymać cię na dystans to to
pomoże. Było jednak tylko gorzej. Kiedy wyjechałeś, czekałem na ciebie. Kiedy
przestałeś ze mną rozmawiać nadal na ciebie czekałem. Coś mi podpowiadało, że
wrócisz. Wierzyłem w to. Nawet będąc tutaj ciągle czekałem. I w końcu się
doczekałem.
Nie
potrafiłem mu odpowiedzieć. Nie wiedziałem co. Każde słowo było
niewystarczające. Siedziałem i patrzyłem na niego, patrzyłem jak płacze.
Jedną dłonią starłem z jego policzka łzę. Chłopak spojrzał w stronę okna i się
uśmiechnął. Zrobił to w taki sam sposób jak dawniej. Tak bardzo za tym tęskniłem.
-Patrz,
pada śnieg. -nadal płakał, lecz częściowo już ze szczęścia. Spojrzałem w tą
samą stronę co on. Rzeczywiście padał. Sam nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
-Tak,
pada. -szepnąłem do niego i pocałowałem wierzch jego dłoni.
***
Nie
wiedziałem, że śnieg który spadł będzie zwiastował również zimę która nastąpi w
moim sercu. Nie mogłem zostać u niego długo. Siedzieliśmy w ciszy, nie
potrzebne było słowa. Niestety w końcu lekarze mnie wyprosili. Nie minęło
jednak kilka godzin, a z powrotem jechałem do szpitala. Jego organizm już
dłużej nie był w stanie wytrzymać. Był zbyt słaby. Wbiegłem do szpitala i od
razu skierowałem się do jego sali. Nie przejmując się protestem pielęgniarkę
wparowałem do pomieszczenia. Jego kruche ciało, pogrążone w śpiączce leżało na
łóżku. Chciałem, żeby to był zły sen, który zaraz się skończy. Niestety każda
kolejna sekunda patrzenia na jego bladą twarz utwierdzała mnie w przekonaniu,
że wszystko to co się dzieje, jest rzeczywistością.
***
Przychodziłem
do niego każdego dnia. Ciągle zadawałem to samo pytanie lekarzom. Kiedy się wybudzi? Za każdym razem
dostawałem tą samą odpowiedź. Prawdopodobnie
nigdy. Godzinami na niego patrzyłem. Gładziłem dłonią jego czoło, policzki,
całą twarz. Kąciki jego ust były delikatnie uniesione, jakby się uśmiechał.
Zastanawiałem się, czy to możliwe aby to robił. Może tak? Sam próbowałem to
zrobić, jednak nie ważne jak bardzo się starałem, nie byłem w stanie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz